Paulina Jóźwik | Od humanistki do programistki - wywiad z Elą Wróbel
Jak przebranżowić się na programistkę? Jakie kroki i ryzyko trzeba podjąć? Wywiad z cyklu "Atlas Kobiet: Zmiana".
copywriting
21552
post-template-default,single,single-post,postid-21552,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,select-child-theme-ver-1.0.0,select-theme-ver-3.5.2,vertical_menu_enabled,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive

Od humanistki do programistki – wywiad z Elą Wróbel

Mam tremę. Dziś publikuję pierwszy wywiad w moim projekcie, który nazwałam „Atlas Kobiet”. Część pierwsza cyklu nosi podtytuł „Zmiana”. O jaką zmianę chodzi? Wymyśliłam sobie, że porozmawiam z kobietami o tym, jak zmieniły swoją ścieżkę zawodową. O tym, jaką drogę musiały pokonać, aż doszły do momentu, kiedy stwierdziły, że są we właściwym miejscu, że czują się dobrze w zawodzie, który wykonują. O znajdowaniu celu i o ryzyku, jakie musiały podjąć. O tym, jak znaleźć motywację do działania.

Cykl rozpoczyna rozmowa z Elą Wróbel, z którą od początku czułam nić porozumienia, ponieważ Ela – tak jak ja – przez kilka lat pracowała w marketingu. Aż do momentu, kiedy w lipcu 2016 roku powiedziała sobie: „Chcę być programistką”. Dokładnie rok później, czyli w lipcu 2017 otwierała wino truskawkowe, świętując udaną rekrutację. Od tamtej pory pracuje w wymarzonym zawodzie. Jak jej się to udało?

Z Elą umówiłam się w kawiarni Pauza in Garden w Krakowie. Dwa dni wcześniej słuchałam jej prelekcji w tym samym miejscu. Organizacja Geek Girls Carrots , która m.in. zachęca kobiety do pracy w branży IT, zaprosiła Elę jako jedną z prelegentek. Ela opowiadała o swojej drodze od humanistki do programistki. Obserwowałam publiczność. Sala była wypełniona. Pomyślałam, że ta rozmowa może mieć więcej czytelniczek niż przypuszczałam.

od-humanistki-do-programistki

Ela Wróbel podczas prelekcji na wydarzeniu Geek Girls Carrots (fot. Geek Girls Carotts)

Paulina Jóźwik: Czy pamiętasz, kim chciałaś zostać w przyszłości, kiedy byłaś dzieckiem?

Ela Wróbel: Chciałam być kucharką. Nawet bardziej szefem kuchni niż kucharką, bo kucharka wydawała mi się mało prestiżowa [śmiech]. Potem im byłam starsza, chciałam być psychologiem.

P.J.: Pewnie wybrałaś studia psychologiczne?

E.W.: Chciałam iść na psychologię, ale się nie dostałam i tak znalazłam się na socjologii. Na początku myślałam, żeby spróbować w kolejnym roku zdawać ponownie na psychologię, ale socjologia mnie wciągnęła i bardzo mi się spodobała. Na studiach od razu były wprowadzone specjalizacje. Tak właśnie trafiłam na Public Relations, które mnie wciągnęło.

P.J.: Czyli już na studiach pojawił się w Twoim życiu marketing?

E.W.: Na studiach zainteresowała mnie promocja i organizacja wydarzeń. Po licencjacie znalazłam pracę w agencji, która zajmowała się kampaniami społecznymi i eventami. Na studia magisterskie wybrałam również socjologię i kontynuowałam specjalizację z PR-u. Na czwartym roku robiłam studia z marketingu internetowego.

P.J.: Myślałaś wtedy o związaniu ścieżki zawodowej z marketingiem?

E.W.: PR mi się bardzo podobał, a szczególnie organizowanie eventów i praca z ludźmi. Marketing trochę wyszedł przy okazji. W tym samym czasie na AGH powstała pierwsza edycja studiów z marketingu internetowego, która była bardzo promowana. Dlatego zdecydowałam się na te studia. Im więcej czytałam na temat marketingu i studiowałam, tym bardziej mi się podobało. Potem pracowałam tylko w marketingu.

P.J.: Od razu znalazłaś pracę w tym kierunku?

E.W.: Po studiach podyplomowych od razu znalazłam pracę we Freshmailu (firma zajmująca się e-mail marketingiem – przyp. red.). Pracowałam tam trzy lata i przeszłam drogę od PR-owca do content managera. Zaczynałam jako jedna z dwóch osób w dziale PR-owym i trafiłam na dobry moment, kiedy firma się rozrastała, więc jednocześnie rozwijał się nasz dział.

P.J.: Możesz powiedzieć, na czym polegała twoja praca?

E.W.: Na początku byłam PR-owcem, potem osobą od strony internetowej. Zarządzałam stroną, czyli dbałam o to, co się na niej znajduje i trochę też pisałam zarówno na stronę, jak i na bloga firmy. Kiedy dział się rozrósł, pracowałam jako content manager, czyli dalej pisałam, ale również zarządzałam zespołem osób, które pisały teksty razem ze mną.

P.J.: Lubiłaś pracę marketera?

E.W.: Tak. Pisanie było fajne. Dowiadywałam się dużo o technologiach, bo to była firma technologiczna. Pracowałam z fajnymi ludźmi, atmosfera była bardzo przyjemna. Wspominam ten okres pozytywnie. Może też dlatego, że musiałam rozwiązywać małe wyzwania związane z kodem, bo tego wymagało zarządzanie stroną internetową firmy. Potem dostałam propozycję pracy w stowarzyszeniu psychoonkologicznym. Ta praca wydawała mi się być pracą marzeń, bo wcześniej miałam styczność ze stowarzyszeniami i tematem onkologii. Dlatego zrezygnowałam z Freshmaila. Potem znowu wróciłam do technologii do firmy, która zajmuje się internetem, telekomunikacją i sztuczną inteligencją.

P.J.: Czyli technologia cały czas do Ciebie wracała. Czy wtedy pojawiła się myśl, że programowanie to byłoby coś, co chciałabyś robić?

E.W.: W tej ostatniej firmie uwierzyłam w to, że mogę spróbować. Myśl pojawiła się wcześniej. Jak pracowałam we Freshmailu, chłopaki z IT bardzo mi pomagali. Mieli na mnie taki sposób, że jak miałam problem mówili: „Ty nie dasz rady? Spróbuj sama wymyślić, jak to zrobić”. Było to dla nich wygodne, bo nie musieli mi pomagać [śmiech]. Z perspektywy czasu wspominam to dobrze, bo bardzo dużo się dzięki temu nauczyłam.

P.J.: Czy w tamtym czasie mówiłaś kolegom z pracy, że chciałabyś być programistką?

E.W.: W ogóle nie było tego tematu, bo nie miałam jeszcze doświadczeń z kobietami programistkami. Nie wierzyłam też, że po liceum w klasie o profilu dziennikarskim i po socjologii, czyli po humanistycznym wykształceniu, można programować. Dopiero w ostatniej firmie, zatrudniono dziewczynę, która się przebranżowiła z HR-owca. Ona mnie pchnęła do działania i powiedziała, że jeśli chcę, to trzeba spróbować, a nie zastanawiać się.

(fot. P.J.)

P.J.: Dała Ci konkretne wskazówki na temat tego, co powinnaś zrobić?

E.W.: Przede wszystkim to był doping i ona była namacalnym dowodem, że można z humanistycznym zacięciem iść w stronę IT. Pomogła mi też merytorycznie. Pożyczyła mi książki, powiedziała, od czego zacząć, podrzuciła tutoriale na YouTubie. Była moim wsparciem, gdy zaczęłam robić pierwsze zadania.

P.J.: Powiedziałaś o wsparciu kobiet. Kiedy mówiłam koleżankom o tym, że będę przeprowadzała wywiad z programistką na początku drogi zawodowej, to prosiły, żebym zapytała o reakcje mężczyzn na Twój pomysł na zmianę.

E.W.: Mam doświadczenia tylko pozytywne. Na początku miałam dwóch kolegów, którzy wspierali mnie w nauce. Nigdy się ze mnie nie wyśmiewali. Śmialiśmy się z innych rzeczy, ale nigdy z moich aspiracji. W każdej firmie, w której pracowałam, gdy miałam problem związany z IT, mężczyźni mi pomagali. Nie robili tego w lekceważący sposób. Bardziej wyczuwałam, że chcą się dzielić wiedzą. Może to trochę łechtało ich ego [śmiech]. Może miałam szczęście do ludzi. Wszyscy mężczyźni, których pytałam o programistyczne zagadnienia, byli zawsze na tak. Myślę, że te ograniczenia są tylko w kobiecych głowach.

P.J.: Niestety chyba tak jest.

E.W.: To nam się wydaje, że to jest nie dla nas i jest może bardziej męskie niż kobiece. Nigdzie nie jest powiedziane, że kobiety się nie nadają do IT. Aktualnie wielkie firmy kładą nacisk na zatrudnianie kobiet. Taka równowaga płci w zespole daje fajną energię. W firmie, w której teraz pracuję zespół jest zdecydowanie męski, ale są dwie kobiety – ja i koleżanka. Nigdy nie poczułam dyskryminacji ze względu na płeć. To też jest duża korporacja, więc nie mogliby pozwolić na takie zachowanie, ale to nie jest tak, że mężczyźni się jakoś specjalnie pilnują, żeby czegoś nie powiedzieć.

„Wszyscy mężczyźni, których pytałam o programistyczne zagadnienia, byli zawsze na tak. Myślę, że te ograniczenia są tylko w kobiecych głowach”.

 

P.J.: Jak zareagowali na tę zmianę Twoi bliscy?

E.W.: Ja sama nie wierzyłam, że dam radę, a dostawałam wiele pozytywnego wsparcia włącznie z takimi słowami, że ludzie mówili mi, że są ze mnie dumni. Dla mnie to były słowa na wyrost. Nikt ze znajomych nie powiedział mi, że to jest zły pomysł. Powiedział mi to anonimowy internet.

W grupach na Facebooku pytałam o to, którą szkołę czy kurs wybrać. Wiele osób mówiło, że cała wiedza jest w internecie. Trzeba ją tylko umieć odszukać. Mówili, że to jest jedna z umiejętności programisty – potrafić szukać. Jeśli tego nie umiem, to sobie nie poradzę. To były jedyne przykre słowa, które dostałam w trakcie przebranżowienia, ale od osób mi nieznanych, a czasem zupełnie anonimowych.

P.J.: Co takiego jest w kodowaniu, że to aż tak Cię pociąga?

E.W.: Najbardziej to, że nie ma ograniczeń. Jedyne ograniczenie tkwi w nas. Siadasz przed konsolą i możesz stworzyć wszystko, co aktualnie jest dostępne w IT. To są strony internetowe, ale też technologie, które pomagają ludziom. Masz niesamowite możliwości rozwoju i robienia fajnych rzeczy. Możesz pracować z każdego miejsca na świecie. Potrzebujesz tylko internetu. Wizja pracy spod palmy jest kusząca [śmiech].

P.J.: Jak krok po kroku wyglądało przebranżowienie?

E.W.: Ostatniego dnia września 2016 roku dowiedziałam się, że tracę pracę. Miałam dwumiesięczny okres wypowiedzenia. Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jest ten moment, żeby spróbować. W październiku 2016 zaczęłam szukać informacji o możliwościach nauki. Najpierw myślałam o mentorze. Koleżanka poleciła mi programistę, który miał mnie uczyć online. Miałam wysyłać mu zadania, on miał je sprawdzać, a potem omawiać razem ze mną.

Ale byłam strasznie niecierpliwa! Postanowiłam znaleźć kurs. Na początku robiłam kursy online, ale utykałam trochę w trakcie wykonywania zadań. Jeśli czegoś nie rozumiałam, to kolejny krok był dla mnie jeszcze bardziej niezrozumiały i nie miał kto mi tego wytłumaczyć. Co chwilę trafiałam na więcej schodów niż satysfakcji, więc zaczęłam rozglądać się za kursami stacjonarnymi. W grudniu 2016 trafiłam na dzień otwarty Coders Lab i od stycznia 2017 zaczęłam kurs na front-end developera, który ukończyłam z końcem lutego 2017.

P.J.: Opowiedz, jak przebiegał kurs.

E.W.: Żeby się dostać, trzeba zdać test z języka angielskiego. Mimo tego, że wiedza jest po polsku, programowanie wymaga znajomość języka angielskiego. Jest też test logicznego myślenia. Przed rozpoczęciem trzeba przejść miesięczny kurs przygotowawczy. Później przez siedem tygodni, po osiem godzin dziennie są lekcje i egzaminy w każdy piątek.

P.J.: Powiedziałaś o okresie przygotowawczym do kursu. To znaczy, że trzeba mieć jakąś wiedzę o programowaniu, żeby go zacząć?

E.W.: W okresie przygotowawczym otrzymałam duży pakiet informacyjny, który składał się z prezentacji tłumaczących dane zagadnienie oraz z zadań. Jest też kontakt z osobami, które sprawdzają te zadania. Ja miałam ten plus, że zetknęłam się z kodem w pracy marketera. Ale można zacząć zupełnie od zera.

P.J.: Na swoim blogu pisałaś, że podczas kursu nie miałaś innego życia poza kodem.

E.W.: Tak, byłam „no lajfem” [śmiech]. Wcześniej oglądałam filmik z dziewczyną, która skończyła kurs JavaScript. Opowiadała, że podczas kursu wracała do domu, zwijała się w kulkę i płakała.

P.J.: Brzmi zachęcająco!

E.W.: Pomyślałam, że albo to jakaś niezrównoważona dziewczyna, albo naprawdę jest tak ciężko. Ja miałam jeden taki kryzys, kiedy wszystko wybuchło i zaczęłam mieć wątpliwości. Faktycznie przychodziłam po ośmiu godzinach do domu i jedyne, na co miałam ochotę to zwinąć się w kulkę i spać. To jest intensywny umysłowy wysiłek. Zadania domowe i egzaminy na koniec każdego tygodnia. Z tyłu głowy masz cały czas myśl, że jak w poniedziałek przestaniesz ogarniać, to we czwartek jest bardzo źle. Musisz być skoncentrowana na sto pięćdziesiąt procent. W domu chcesz się zresetować, ale musisz wykonać zadania na kolejny dzień. Fakt, że kurs kosztuje dużo dodatkowo motywuje.

P.J.: Nie bałaś się ponieść tak dużego wydatku, kiedy nie do końca wiadomo, co z tego wyniknie?

E.W.: Bardzo się bałam. Zwłaszcza że nie miałam pracy, więc byłam bez stałej wypłaty. Rodzice przekonali mnie, że to jest inwestycja, tak samo jak idzie się na kurs języka, czy inny. Jak zaczęłam liczyć moje potencjalne wypłaty jako programistki, rozłożyłam te koszty na cały rok, zakładając, że dostanę pracę. Oczywiście mogło się okazać, że nie dostanę pracy i wrócę do content marketingu, bo to też zakładałam. Nie myślałam, że będą to zmarnowane pieniądze, bo ta wiedza jest ogromna i można ją wykorzystywać również w marketingu. To było ryzyko, które zdecydowałam się podjąć nie bez strachu.

P.J.: Po kursie dosyć szybko dostałaś pierwszą pracę jako programistka.

E.W.: Tak. Brałam udział w pierwszej rekrutacji już na kursie. Okazało się jednak, że firma nie potrzebuje osoby na stanowisku juniorskim. Mieli dużo pracy i potrzebowali kogoś z doświadczeniem, kto ich odciąży. Nie udało się, ale to było pierwsze zetknięcie z rekrutacją. Kurs ukończyłam na koniec lutego, a na początku 4 kwietnia miałam pracę. Szukałam tylko trzy tygodnie i przeszłam trzy rozmowy rekrutacyjne.

P.J.: To duży sukces, jeśli chodzi o poszukiwanie pracy.

E.W.: Zdecydowanie tak! Szkoda, że nie wiedziałam tego na początku drogi, bo te trzy tygodnie marca to był ogromny stres i najczarniejsze myśli. Trochę jest tak, że wszyscy potrzebują programistów, ale nie każda firma może pozwolić sobie na wzięcie odpowiedzialności za juniora i to jeszcze tak poczatkującego, jak ja. Po siedmiu tygodniach kursu można dowiedzieć się, jak się odnaleźć się w IT, ale nie potrafi się programować. To są dopiero początki. Startupy raczej nie mają pieniędzy, żeby inwestować w takich ludzi. Rozwiązaniem okazała się korporacja. Myślę, że jak się jest na początku, warto szukać pracy w korporacjach, bo stać je na przyjęcie juniora bardziej niż małe firmy i startupy technologiczne.

P.J.: Jak dużo CV wysłałaś?

E.W.: Zaczęłam od tego, że wysłałam zgłoszenia tam, gdzie chciałabym pracować i gdzie były oferty. Potem wysyłałam tam, gdzie chciałam pracować, ale nie było ofert. Pisałam do tych firm wiadomości z informacją: „To nic, że nie szukacie juniora, ale może jeszcze o tym nie wiecie, że go potrzebujecie. Chcę dla was pracować” [śmiech]. To też nie przyniosło efektu. Wtedy koleżanka powiedziała mi, że w jej firmie poszukują kogoś i postanowiłam spróbować. Na początku w ogóle nie myślałam o korporacji, zwłaszcza że nie władam biegle angielskim. Czytam po angielsku, mówię po angielsku, ale to nie jest tak, że teraz swobodnie możemy przejść do rozmowy po angielsku i to będzie dla mnie komfortowe.

P.J.: Korporacja wymagała języka angielskiego?

E.W.: Tak, korporacja tego wymagała. Potem podczas rozmowy zrozumiałam, że wystarczy poziom komunikatywny, ale w pracy okazało się, że kontakt z językiem jest dużo większy. Większość zespołu jest zagraniczna i klient też. Angielski jest potrzebny, żeby odnaleźć się także w projekcie oraz w programowaniu. Nie szukałam pracy tam, gdzie angielski będzie pierwszym językiem, ale tak się potoczyło.

P.J.: Dużo musiałaś zmienić w swoim CV?

E.W.: Wysyłając CV, musiałam wyczyścić je całkowicie z moich wcześniejszych dokonań. Mogłam tylko zostawić to, że pisałam teksty na WordPressie, bo to były tylko jakiś mały szczegół związany z programowaniem [śmiech]. Cała reszta, konferencje i eventy, które organizowałam, to wszystko było do wyrzucenia. Musiałam wymazać kawałek życia, kawałek dokonań, z których byłam dumna. Te rzeczy wpłynęły na to kim jestem, więc to nie jest tak, że całkiem wymazałam je z życia. Wymazałam je tylko z CV.

„Musiałam wymazać kawałek życia, kawałek dokonań, z których byłam dumna”.

 

P.J.: Czy podczas rekrutacji musiałaś wykonać zadania programistyczne?

E.W.: Było jedno zadanie do rozwiązania. Właściwie kończyliśmy rozmowę i jeden z szefów przypomniał sobie o zadaniu. Otworzył przede mną komputer. Chodziło o to, że na stronie nie wyświetlało się zdjęcie na slajderze i trzeba było znaleźć błąd. Udawałam, że wiem, jak to rozwiązać. W połowie pracy mój przyszły szef powiedział, że widać, że wiem, o co chodzi i zamknął przede mną komputer. Nie musiałam kończyć tego zadania [śmiech].

P.J.: Szczęściara! Czy podczas rozmowy rekrutacyjnej wiedziałaś, że się udało?

E.W.: To była dziwna rozmowa. Na pozostałych bardzo się stresowałam, a na tej wyjątkowo nie. Może to dlatego, że moi przyszli szefowie byli ubrani w koszulki i bluzy. Mimo że była to korporacja, nie było sztywniarstwa. Ale było bardzo konkretnie. Były pytania merytoryczne, ale też takie, które się zadaje podczas każdej rozmowy rekrutacyjnej. Ja szczerze mówiłam, że niewiele umiem, ale bardzo chcę się nauczyć.

P.J.: Jak szybko dostałaś pozytywną odpowiedź?

E.W.: Bardzo szybko. Odezwali się do mnie w ciągu jednego tygodnia.

P.J.: Był taniec radości?

E.W.: Była ogromna radość. Bardzo chciałam, żeby mi się udało, ale w to nie wierzyłam.

P.J.: Pracujesz jako junior front-end developerka. Czyli odpowiadasz za wszystko, co widzę, kiedy wchodzę np. na stronę internetową?

E.W.: Tak, to może być strona internetowa, ale też wygląd każdego systemu np. to jak wygląda nasz internetowe konto bankowe czy newslettery. Tam, gdzie zaczyna się więcej dziać, np. coś się wysyła, to już praca back-end developera.

P.J.: Od początku wiedziałaś, że to będzie front-end?

E.W.: Tak. Trochę to się łączy z moim poczuciem estetyki. Lubię ładnie graficzne rzeczy. Back-end jest dużo trudniejszy i dla mnie dużo bardziej mroczny [śmiech].

P.J.: Chciałabym zapytać o zarobki – czy rzeczywiście od razu są wysokie?

E.W.: Z mojego doświadczenia tak to nie wygląda. Trzeba pamiętać, że junior juniorowi nierówny. Są osoby, które skończyły studia informatyczne, robiły projekty jako freelancerzy, ale nie mają doświadczenia biznesowego. Dlatego są na stanowisku juniorskim. Są tacy juniorzy jak ja, po siedmiu tygodniach kursu i dopiero próbują programować. Dużo zależy od tego, jaką posiada się wiedzę i umiejętności. Jeśli ktoś przebranżawia się od zera, to nie wierzę, że dostaje wysokie wypłaty od razu. Te stawki są dużo lepsze niż w innych branżach jak np. w marketingu. Inne są też stawki w branży finansowej, inne w startupach, inne w korporacjach.

Nie jest to ogromny przeskok, jak się mówi. Pierwsza wypłata nie zwraca kosztów kursu. Ja szukałam pracy, nie mając żadnych oczekiwań finansowych. Chciałam się uczyć. Niemniej pieniądze są ok.

P.J.: Po tym kursie czujesz, że jeszcze długa droga przed tobą?

E.W.: Tak. Trafiłam na taki zespół, który daje mi zadania, na których muszę się uczyć. Nie robię tylko mailingów, które są uważane za najłatwiejsze, ale faktycznie mam takie zadania, które wymagają ode mnie nauki.

P.J.: Wykonujesz też pracę dla klientów firmy?

E.W.: Na początku myślałam, że będę robić tylko zadania na zasadzie sztuki dla sztuki. Czyli np. ktoś będzie robił zlecenie dla klienta, a ja będę robiła to samo, żeby się uczyć. Tymczasem dostaję wartościowe zadania, za które klient płaci. Pracując wcześniej w branży marketingowej, było więcej niańczenia. Nie wiem do końca czy to kwestia zespołu, do którego trafiłam, czy może męskiej branży, która nie ma tego w naturze. To było dla mnie duże zaskoczenie.

(fot. Geek Girls Carotts)

P.J.: Co było trudniejsze: przestawienie sobie w głowie tego, że możesz się przebranżowić czy przyswojenie tej wiedzy programistycznej.

E.W.: To były dwa poziomy. Sama wiedza i nauka są trudne. Zdarza się, że nad jednym zadaniem spędzam cały dzień albo dwa dni, bo nie potrafię go rozwiązać. Przestawienie sobie w głowie to była praca na innym poziomie. To jest coś, co trzeba zrobić samemu i nikt nam w tym nie pomoże. Samemu trzeba uwierzyć w to, że można. Dzisiaj nawet dostałam zadanie, które polegało na tym, żeby przerobić element na stronie. Kiedy przyszedł szef, powiedziałam, że skończyłam, ale bez pomocy grafika, więc nie wiem, czy zrobiłam je prawidłowo. A on na to: „Ela uwierz w siebie, to naprawdę jest zrobione dobrze”.

P.J.: Włącza się wewnętrzny krytyk.

E.W.: Tak. Wciąż nie do końca wierzę w to, że wykonuję pracę dobrze. Zanim kod trafi na stronę, zawsze jest sprawdzany przez inne osoby. Kilka dni temu moje zadanie przeszło bez żadnych poprawek. Nie dowierzałam i chciałam, żeby ktoś koniecznie sprawdził, czy na pewno jest ok [śmiech]. To cały czas jest praca nad sobą. Ciągle taki sukces świętuje ciastkiem z bitą śmietaną.

P.J.: Czy teraz gdy przychodzisz do pracy, masz poczucie, że jesteś na właściwym miejscu?

E.W.: Nie czuję ulgi, bo cały czas praca mnie stresuje. Codziennie są nowe rzeczy, nowe zadania. Tego stresu jest jeszcze dużo. Jednak, kiedy mi wychodzi to mam poczucie, że tak, to jest to co chciałam i jak będę dużo ćwiczyć to dojdę do swojego celu.

P.J.: Jakbyś miała doradzić dziewczynie, która chce się przebranżowić na programistkę? Co powinna zrobić na początku?

E.W.: Trzeba równorzędnie robić różne rzeczy. Trzeba się zacząć uczyć, jest masa darmowych szkoleń i kursów. Trzeba zacząć obracać się w środowisku IT np. na eventach. Trzeba zacząć czytać o technologiach i sprawdzać, co jest dla mnie, bo IT jest obszerne. Kogoś mogą interesować aplikacje mobilne, a kogoś sztuczna inteligencja. To nie jest tak, że wchodzisz do IT i robisz wszystko. Chodzenie na eventy pozwala zweryfikować to, czy dana technologia ci się podoba, czy jest dla ciebie.

Nie musisz iść od razu na drogi kurs czy studia pięcioletnie. Wiedza ze studiów na pewno pomaga w szerszym zrozumieniu, bo informatyka jest dużą dziedziną. Więc nie da się tego porównywać do samego kursu. Jak ktoś chce zacząć to powinien zacząć od pierwszych linijek kodu.

P.J.: Myślisz, że w przyszłości będzie więcej kobiet w IT?

E.W.: Mam nadzieję, że to będzie się zmieniać. To zależy od kobiet czy będą chciały wchodzić do tej branży. Na rynku panuje taka sytuacja, że pracodawca nie patrzy na płeć a na umiejętności. To tak jak w content marketingu. Nie ma znaczenia, czy jesteś kobietą czy mężczyzną, a to czy potrafisz pisać w danym języku. Tak samo jest z programowaniem. Nie jestem zwolenniczką, żeby równać za wszelką ceną. Najważniejsze, żeby zatrudniać według umiejętności. Nie chodzi o to, żeby kobiety na siłę przepychać przez drzwi do IT, ale je dla nich otworzyć. Mam nadzieję, że będzie więcej kobiet, ale dlatego, że to one będą chciały działać w tej branży.

P.J.: Czy na kursie było dużo dziewczyn?

E.W.: Cztery dziewczyny na dwanaście osób. Uczestnicząc w konferencjach programistycznych, muszę powiedzieć, że kobiety w IT są traktowane bardzo dobrze, bo jest ich mało. Nie ma kolejek w toalecie [śmiech]. Mówiąc poważnie, musimy zmienić myślenie o tym, czy istnieje miejsce dla kobiet w IT, żeby nas tam było po prostu więcej

P.J.: Co jest według Ciebie absolutną podstawą, żeby zrobić pierwszy krok w kierunku zmiany zawodu?

E.W.: Dla mnie są to ludzie. Nie wiem, czy ktoś jest na tyle silny, kto mógłby przejść samodzielnie wszystkie trudne momenty, które pojawiają się na drodze przebranżowienia. Jest wiele momentów zwątpienia, kryzysów i pytań. Czy na pewno robię dobrze? Czy to dla mnie? Czy dam radę? Co potem? Czy sobie poradzę? Pytania pojawiają się codziennie.

P.J.: Można oszaleć.

E.W.:  …i zwątpić. Pomagają ludzie, którzy uwierzą w ciebie bardziej niż ty sama. Nawet powiedzą słowa, które są dość proste. Na przykład koleżanka powiedziała mi, że zaprosi mnie na obiad, jak nie będę miała pieniędzy. To są takie rzeczy, które czasem mówi się w ramach żartu, ale w momentach zwątpienia to jest potrzebne. Jakbym miała wybrać jedną rzecz, która mi najbardziej pomogła to byli ludzie, którzy byli przy mnie.

„Jakbym miała wybrać jedną rzecz, która mi najbardziej pomogła to byli ludzie, którzy byli przy mnie”.

 

P.J.: A Twoje programistyczne marzenie?

E.W.: Prowadzę projekt „Dobra Technologia”, którego celem jest promowanie technologii, które dają coś więcej, niż pozwalają tylko zarobić. Są to programy dla osób chorujących na Alzhaimera, dla dzieci niepełnosprawnych np. roboty wspomagające rehabilitację. Marzy mi się tworzyć takie technologie. Jeszcze półtora roku temu myślałam o dobrej technologii jako o firmie, którą będę prowadzić. Dzięki temu, co udało mi się zrobić przez ten rok, myślę, że nadejdzie czas, kiedy będę mogła tworzyć dobre technologie.

P.J.: Mówisz o dobrych technologiach. Marketing rzadko bywa postrzegany z czymś pozytywnym. Czy to też miało wpływ na Twoją decyzję o zmianie?

E.W.: Nie do końca tak o tym myślałam. Zrezygnowałam z pisania i marketingu, bo czułam, że się nie rozwijam. Miałam poczucie, że mogę się uczyć innego języka i pisać w innym języku, mogę pisać krótsze, dłuższe teksty i tak dalej. Ale to cały czas będą tylko teksty. Można pisać o dobrych rzeczach, ale to dalej nie jest robienie tych rzeczy. W programowaniu najbardziej kręci mnie to, że możesz tworzyć technologie. Nie traktowałabym marketingu jako coś złego. Mnie osobiście po prostu znudził. Nie czułam, że doprowadzi mnie tam, gdzie ja chcę iść, czyli do tworzenia dobrych technologii i pomagania ludziom.

 

Ela Wróbel – z wykształcenia socjolożka, PR-owiec i marketerka. Obecnie pracuje jako junior font-end developerka. Człowiek III sektora, fanka dobrej kawy i wciągającej książki. Marzy o tworzeniu dobrych technologii, które będą pomagały ludziom. Więcej o projekcie „Dobre Technologie” na stronie: www.dobratechnologia.pl.

Jeśli znacie kobiety, które się przebranżowiły i odnalazły swoją ścieżkę zawodową i chciałyby o tym opowiedzieć – piszcie na serwus@paulinajozwik.pl. Chętnie z nimi porozmawiam!

4 komentarze
  • Olga

    2017-11-08 at 13:58 Odpowiedz

    Świetna rozmowa! Napawa optymizmem, udowadnia, że jak się chce, to można wszystko. Gratulacje dla Eli za odwagę i upór, a dla Reporterki za bardzo ciekawe pytania :) pozdrawiam, Olga

    • Paulina Jóźwik

      2017-11-08 at 16:34 Odpowiedz

      Dzięki Olga za dobre słowo i Twoje wsparcie :)

  • Monika Kilijańska

    2017-11-08 at 19:43 Odpowiedz

    Z ciekawości spytam: w jakim języku programujesz?

  • Skrzypczyni

    2017-11-08 at 20:09 Odpowiedz

    Podziwiam ten upór i odwagę! :) Widać, że z rozmówczyni równa i ambitna babka :)

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: