Paulina Jóźwik | Co ma siulpet do pisania, czyli jak zostać copywriterem? Moje początki
Blog copywriterki o pisaniu, kreatywności, twórczym życiu i nie tylko!
copywriting
1641
post-template-default,single,single-post,postid-1641,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,select-child-theme-ver-1.0.0,select-theme-ver-3.5.2,vertical_menu_enabled,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive

Co ma siulpet do pisania, czyli jak zostać copywriterem? Moje początki

Z tego wpisu nie dowiecie się, jaka jest najlepsza metoda na to, jak zostać copywriterem. Po prostu jej nie znam. W zamian tego opowiem historię, która doprowadziła do tego, że żyję z pisania tekstów. Wpis ma ponad 6 000 znaków, czyli jest zupełnie niedostosowany do standardów tworzenia treści w Internecie. Mimo tego zaryzykuję. Jest też bardzo prywatny. Jeśli choć jedna osoba wyłuska z niego coś dla siebie, będzie to dla mnie wielka radość.

Czy marzyłam o pracy jako copywriter?

 

Nigdy nie marzyłam o tym, że będę zarabiała na pisaniu tekstów, ale wiązałam swoje życie ze słowem. Wyobrażałam sobie, że może kiedyś zostanę pisarką (pisałam co nieco do szuflady), ale nie utożsamiałam tego ze sposobem na życie. Tkwiło we mnie młodzieńcze wyobrażenie o życiu artysty. Matura niewiele mi pomogła w wyborze życiowej drogi, bo zdawałam tylko rozszerzoną biologię. Był to jeden z trzech przedmiotów, które zawsze lubiłam (pozostałe dwa to język polski i plastyka).

Od dziecka uwielbiałam czytać książki, miałam własną (w moim mniemaniu) Panią Bibliotekarkę, a kiedyś zgubiłam się rodzicom i zostałam odnaleziona w bibliotece. Dlatego filologia polska wydawała się moim naturalnym środowiskiem. Liczyłam, że spotkam na studiach kreatywne i twórcze osoby. Później okazało się, że wiele z nich trafiło na polonistykę z przypadku, a część dlatego, że nie dostała się na wymarzone kierunki studiów.

W trafność mojego wyboru nie wierzył nawet polonista. W odpowiedzi na pytanie „Na jaki kierunek się wybierasz?” otrzymał tylko moje milczenie i niepewny uśmiech, a potem wykrzyknął: „Tylko nie mów mi, że na polonistykę!”. Byłam dobra z polskiego, ale w tamtych latach zaczął się trend na wybieranie kierunków technicznych. Liczę, że to miał na myśli swoim wymownym zdziwieniem!

Copywriter i polonistyka

 

Filologia polska nie przygotowała mnie do pracy copywritera w jakiś konkretny sposób. Tak naprawdę na moich studiach mało się pisało, a więcej gadało. Jak była okazja do pisania to najczęściej były to obszerne prace roczne o charakterze naukowym.

Polonistyka nauczyła mnie skupienia na treści, „rozbierania” tekstów na czynniki pierwsze. Jednak tego można nauczyć się też po prostu (albo aż), czytając książki. Nie zawsze dla ciekawej historii, ale po to, żeby podglądać warsztaty pisarzy. Studiowanie filologii nie wpłynęło bezpośrednio na to, że piszę lepiej od innych i sprawdzam się w tym zawodzie. Jeśli chodzi o poprawność językową, to jestem zdania, że nawet najlepszy copywriter potrzebuje wsparcia korektora, a co więcej nie każdy polonista jest korektorem (pisałam o tym już na blogu).

Pamiętam, jak na pewnych zajęciach przez cały semestr analizowaliśmy jeden wiersz Białoszewskiego: „Siulpet”, który zaczynał się tak (całość wiersza tutaj):

Słońce świeci
nie siulpeci

idzie SIULPET

(…)

Przez pół roku ten sam tekst i to samo pytanie: „Co to jest siulpet?”. Praca copywritera przypomina mi takie „siedzenie nad siulpetem”. Dostaję zadanie, wpada mi do głowy pomysł (dodajmy GENIALNY), ale czasami mija długa droga, zanim dojdzie się do tego, co razem z klientem chcemy przekazać za pomocą słów. Teksty z jednej strony nie mogą być siulpetem – ludzie muszą rozumieć to, co napisałam. Z drugiej strony, muszą być odrobinę „siulpetowate” – powinny zwracać uwagę, pobudzać, wywoływać emocje i być zapamiętane. Jak to się uda, satysfakcja jest gwarantowana.

Przeżyłam jakoś tę polonistykę, a pod koniec studiowania pojawiła się we mnie myśl, że wypadałoby w końcu zacząć na siebie zarabiać. Wcześniej niewiele miałam okazji na zarobkowanie. Studia bardzo mnie przytłaczały, a zajęcia trwały nierzadko przez cały dzień. Nie wiedziałam, co właściwie mogłabym robić. Byłam już po licencjacie, ale nie miałam specjalizacji nauczycielskiej. Nigdy nie chciałam uczyć i skończyłam krytykę literacką, która nie należy do bardzo „przyszłościowych” specjalizacji. Teraz hejterem może być przecież każdy, ja mam na to papiery ;-) W głowie zaczęła mi krążyć myśl, że chcę pisać.

Pierwsza rekrutacja

 

Pomyślałam o pracy w agencji reklamowej. Z perspektywy czasu moje wyobrażenia o niej mogę porównać do realiów rodem z serialu „Mad Men”. Chciałam być jak Peggy Olson (widzicie ją na obrazku poniżej) – w serialu to pierwsza kobieta copywriter po II wojnie światowej, później dyrektor kreatywna. Myślałam, że będę sobie siedzieć i rzucać pomysłami.

peggy

No dobrze, nie miałam pojęcia, jak wygląda taka praca. Copywriter był dla mnie osobą, która wymyśla hasła reklamowe. W dzisiejszym świecie marketingu i reklamy jest to tylko jeden z „rodzajów” copwritingu. Można być SEO copywriterem (pisać teksty pod pozycjonowanie), web copywriterem, zajmować się namingiem (tworzeniem nazw dla firm, produktów), content marketingiem, prowadzić blogi dla firm itd. Jako copywriter można też pracować w zespole kreatywnym, gdzie nie koniecznie pisze się dużo, a wymyśla koncepcje kampanii reklamowych. Są copywriterzy, którzy specjalizują się w jednej dziedzinie i piszą artykuły tylko z jednej branży. Nie oznacza to, że nie mają tzw. „lekkiego pióra”, bo dla wielu klientów liczy się to, że posiadają wiedzę i interesują się konkretnym tematem.

Przygodę z zarabianiem na pisaniu zaczęłam od wzięcia udziału w rekrutacji na stanowisko content designera. Nie przejmujcie się, jeśli nie wiecie nic o tym zawodzie. Kiedy ja startowałam do tej pracy, wiedziałam tylko, że na pewno będą chcieli ode mnie, żebym coś pisała ;-) Nie miałam wtedy portfolio, przykładów tekstów, żadnego doświadczenia. Moje szczęście polegało na tym, że w procesie rekrutacji CV okazało się mniej ważne. Dostałam zadanie rekrutacyjne, które polegało na napisaniu piętnastu krótkich tekstów dla 3 marek z różnych branż, na potrzeby social media. Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z tym, że marki działają w mediach społecznościowych i w dodatku robią to na poważnie. Choć praca content designera wykracza poza pisanie, szłam już w dobrym kierunku. Udało się, dostałam tę pracę i tak się zaczęło.

Nauka z pierwszej pracy w agencji

 

Moje początki były trudne. Nie byłam stażystką, której ktoś wszystko na spokojnie wytłumaczy. Od razu rzucono nas na głęboką wodę (zatrudniono wtedy w sumie 3 osoby). Kontakt z dużymi klientami, deadline’y, stres. Znalazłam się w rzeczywistości, o której nie miałam wcześniej pojęcia, a w dodatku pracowałam z domu. Ostatecznie z tych 3 osób to ja utrzymałam się najdłużej i wtedy połknęłam bakcyla marketingu internetowego. Choć nie do końca tamto „życie agencyjne” mi odpowiadało, zawdzięczam tej pracy bardzo dużo. Zobaczyłam, że praca twórcy treści nie zależy tylko od niego. Wymaga umiejętności dopasowywania się do grup docelowych, z którymi człowiek nie bardzo się identyfikuje, do klientów, do zespołu. Trzeba też wyrobić sobie bardzo dużą odporność na krytykę, dystans do swoich tekstów i pomysłów (teksty są komentowane i poprawione przez wiele osób) i pogodzić się z tym, że nie zawsze efekt będzie nas osobiście zadowalał. Dzięki pierwszej pracy zbudowałam portfolio i wiedziałam już, że chcę pisać i zajmować się content marketingiem, co do dzisiaj mi się udaje ;-)

Zdaje sobie sprawę, że wpis nie wyczerpuje tematu i nie podaje praktycznych wskazówek. Chciałam, żeby pierwsza część była bardziej osobista, ale planuje też kolejne wpisy o podobnej tematyce. Jeśli chcielibyście mnie o coś zapytać – piszcie śmiało!

Pozdrawiam,

Paulina

zdjęcie w nagłówku to moja pamiątka z październikowych wakacji na Malcie

Tags:
  • Podoba mi się ten osobisty wpis a jestem u Ciebie dziś pierwszy raz :) Tez uległam złudzeniu, że studia przygotują mnie do pracy. Studiowałam socjologię i myślałam o karierze badacza. Zaczęłam pracę u podstaw, czyli jako ankieter terenowy, bo chciałam przejść drogę od samego dołu. Wtedy to, zobaczywszy jak to wygląda w terenie, przestałam chcieć zostać badaczem ;) I całe szczęście, bo dzięki temu mogłam odkryć branżę, w której poczułam się jak ryba w wodzie i mogę rozwijać swoje mocne strony :)

    P.S. Zdaniem „Teraz hejterem może być przecież każdy, ja mam na to papiery ;-)” skradłaś moje serce :D