Paulina Jóźwik | 500 książek, które przeczytałam w tym roku
Blog copywriterki o pisaniu, kreatywności, twórczym życiu i nie tylko!
copywriting
456
post-template-default,single,single-post,postid-456,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,select-child-theme-ver-1.0.0,select-theme-ver-3.5.2,vertical_menu_enabled,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive

500 książek, które przeczytałam w tym roku

Spokojnie. Nie przeczytałam aż tyle. Zwabiłam cię tu z premedytacją.

Nie wiem skąd się wzięła mania tworzenia rankingów. Ta mania tworzenia list tysięcy pomysłów na pustą ścianę i milionów książek, które trzeba przeczytać przed śmiercią. Tajemnica tkwi być może w copywritingu, bo każdy szanujący się tekściaż wie, że nagłówek zawierający magiczną liczbę jest skazany na większą klikalność. Proste. Trochę się na tym znam. Sama na blogu mam takie wpisy i mając w myślach temat tego tekstu powinnam się trochę tego wstydzić. Nie tekstów, ale tytułów.

Zbliża się koniec roku i na blogach książkowych pojawią się niebawem zestawienia książek przeczytanych w 2014 roku. Już teraz wyobrażam sobie zazdrość, która mnie ogarnie, gdy będę je widzieć. Nie będzie to jednak zazdrość, pchająca mnie do napisania zjadliwego komentarza w stylu: „Przeczytałaś/przeczytałeś tyle książek? To dlaczego twój styl pisania jest taki beznadziejny? W dziesiątej linijce, drugim akapicie masz błąd składniowy. Przydałoby się też zajrzeć do słownika i sprawdzić, co znaczy «bynajmniej»”. Spokojnie, ja nie z takich. Zazdrość się we mnie zerwie, jak gołębie spłoszone na rynku, na moment pojawi się na horyzoncie i szybko zniknie. Ta zazdrość będzie dotyczyła czasu.

Zawsze jak widzę takie zestawienia to zadaje sobie jedno pytanie: „skąd ci ludzie mają tyle czasu na czytanie?”. Kiedy, no powiedzcie mi, kiedy oni to robią? Jak udaje im się mieć, aż tyle schadzek w nie zawsze pięknym świecie literatury. Jak widzę na takiej liście ponad 100 książek to mój bardzo słaby matematyczny zmysł podpowiada mi, że to ponad 8,3 książki na miesiąc. Poważnie? Powiedz mi arcyksiążkowymaniaku, kiedy sypiasz, kiedy pracujesz, kiedy spożywasz ten piękny świat?

Coś mi tu po prostu tu nie gra.

Pamiętam taką scenę ze szkoły podstawowej. Lekcja języka polskiego, bodajże piąta klasa i czytanie tekstu na czas. Podchodziło się pokornie do pierwszej ławki stojącej naprzeciwko biurka, nauczycielka trzymała stoper i kazała czytać przygotowany tekst. W zależności od tego w jakim przedziale czasowym zmieściło się dziecko, taką dostało ocenę. Nie pamiętam jaka do końca była skala oceniania. Nie wiem, czy coś takiego wciąż jest praktykowane w szkołach. Domyślam się też, jaki „dydaktyczny” cel przyświecał temu procederowi. Jednak mimo wszystko, gdy o tym myślę ciarki przechodzą mnie po plecach.

To trochę tak, jak w szkołach na lekcjach wuefu raz do roku każe się dzieciom przejść test Coopera. Nie ważne, że przez ostatnie pół roku graliście nieporadnie w dwa ognie, czy skakaliście przez skrzynię, możecie też schować do kieszeni zdanie, że trening czyni mistrza. Teraz przejdziesz prawidzwy test wytrzymałości. Biegnij. Nieprzerwanie.

Pracuję klika godzin każdego dnia. Lubię moją pracę, która jest związana z tekstem. Każdego dnia, niemal przez 8 godzin dziennie mam zapewnioną normę kontaktu ze słowem pisanym, mimo że nie żyję z pisania o książkach. Moje oczy bywają zmęczone literami i kiedy wracam do domu czasem pozostaje mi tylko patrzeć na migające obrazki, słuchać, ale nie mogę czytać. Myślę o sobie, że jestem osobą czytającą, jednak gdy widzę te rankingi, naturalnie miewam wątpliwości. Mistrzem w ilości już raczej nie będę. Przegrałam te zawody od razu na starcie.

Bywa, że lektura mnie wciąga i czytam ją jednym tchem. Bywa, że książka jest trudna, stawia opór dla myśli i rozumowania – więc czytam ją długo. Bywa, że z własnej woli spowalniam czytanie, bo nie chcę by świat, w którym się znalazłam zbyt szybko się skończył i nerwowo patrzę na ubywające strony. Bywa, że czytam kilka pozycji naraz. Nie czytam wszystkiego, co ukazuje się na rynku, bo podobnie jak nie oglądam horrorów, bollywoodu, filmów science fiction, nie słucham disco polo, dance i metalu – staram się nie mieszać. Bywa, że po jednej książce nie potrafię sięgnąć od razu po drugą, bo moje myśli nie chcą się od niej zwyczajnie oderwać. Po prostu nie pozwalają mi na romans z kolejną. Bywa, że część z tego co wpadnie mi w ręce rzucam w kąt. Bywa, że do tego pokronie wracam.

Nie zrobiłam kursu szybkiego czytania.

Rzucam szaleństwo katalogowania.

Czytam ze smakiem.

Bardzo powoli.


Pozdrawiam,

Paulina

Tags:
  • Nigdy nie słyszałam o rankingach kto ile książek przeczytał. Zainteresowałaś mnie tym wpisem, aż zacznę szukać. Uwielbiam czytać, ale nie wyobrażam sobie zapisywać każdej książki, którą miałam w dłoniach. To obłęd.

    • Nie chcę oceniać, czy to obłęd. Dla wielu tworzenie takiego spisu to też forma uporządkowania i sposób na zapamiętanie. Ja to rozumiem. Zagadką jest dla mnie bardziej to, czy człowiek jest w stanie „przetrawić” takie ilości literatury w ciągu roku, miesiąca (i jeszcze dodatkowo je opisać), jeśli jego zawodem nie jest bycie recenzentem. Cieszę się, że Cię zainteresowałam i pozdrawiam :-)

  • Ariem, dziękuję bardzo za komentarz :-) Jakkolwiek to zabrzmi, muszę powiedzieć, że sprawiłaś mi nim bardzo duży prezent. Pozdrawiam i również życzę wszystkiego dobrego w nowym roku.

  • Pierwsze słyszę o tym sprawdzaniu czytania na czas w szkole. Naprawdę tak było? Jakiś koszmar. I czemu właściwie to miało służyć?

    Mam podobnie z ilością książek i tempem. Faktycznie osiągi niektórych czytelników są zastanawiające (a i widziałam takich co ponad setkę książek rocznie deklarują). Ja sobie to zracjonalizowałam stwierdzając, że może to jednak daje jakiś rodzaj satysfakcji. Mało tego, żeby przetestować na sobie wzięłam raz udział w wyzwaniu ilościowym (52k/rok). Wynik był taki jak przewidywałam: wykonalne, ale właśnie kończy się przemiałem hurtowym. Książka po książce. Bez wytchnienia i przerwy na zastanowienie, nie mówiąc już o jakimś przetrawieniu czy wrzuceniu notki na bloga. To nie dla mnie. Ale rozumiem, że są ludzie, którzy to lubią. Nie widzę jednak powodu do wstydu (czy zazdrości) jeśli wybieramy inny model czytelnictwa, zwłaszcza że każdy ma jakieś swoje okoliczności nie do przeskoczenia :)

    • Z tym sprawdzaniem na czas to prawdziwa historia, bodajże 5 klasa podstawówki, koniec lat 90. Myslę, że miało to służyć sprawdzeniu stopnia zaawansowania w sprawnym czytaniu, ale na 100% to nie wiem. Właśnie widziałam, że w tym roku również prężnie ruszyło wyzwanie 52 książek w rok i byłam ciekawa jak to wygląda z perspektywy osoby, która już to przeszła, więc bardzo dziękuję za komentarz :)

  • 52 książki to jest wykonalne, nawet dość łatwo. Po skończeniu polonistyki zacząłem monitorować to, ile czytam i jak długo mi to zajmuje. Okazuje się, że przy moim trybie życia (godzina do i godzina z pracy) oraz czasami poczytanie do poduszki lub pół soboty, jeśli zdarzy się taki wolny dzień – to wystarcza, żeby swobodnie przeczytać naprawdę sporo, zaskakująco dużo wręcz. Jednak też nigdy nie osiągnąłem takiego wyniku jak te we wspomnianych przez Ciebie podsumowaniach. Ostatnio przejrzałem jedno takie, gdzie było ponad 170 w tym roku i około 200 przeczytanych książek w zeszłym. Oczom nie wierzyłem, po czym spojrzałem na listę. Większość (jeśli nie wszystkie) to jakieś współcześnie wydane romansidła albo inne nadmuchane wydawniczo popierdółki (nic do nich nie mam, też mi się zdarza takie „guilty pleasure”, haha). Jednak musiałbym chyba zsumować dziesięć takich, żeby objętościowo odpowiadały one np. „Biesom”, które ostatnio niespiesznie dość długo czytałem. Nadal pozostaje pytanie, skąd czas jeszcze na recenzowanie. Ktoś musi nie mieć albo pracy, albo życia prywatnego, innej opcji nie widzę :)

    • Mimo, że nie napisałam tego sama w tekście, wychwyciłeś coś o czym głównie myślałam podczas pisania. Chodzi mi o rodzaj literatury jaki znajduje się często na takich listach. Z jednej strony są to klasyki literatury, z drugiej często „guilty pleasure” jak to dobrze określiłeś. Również nie mam nic przeciwko tym drugim, sama czytam różne rzeczy. Tylko wiesz, jak w jednej recenzji ktoś pisze się o tym, że „Wojna i pokój” mu się bardzo podobała, a w kolejnej na tym samym poziomie stawia „Dom nad rozlewiskiem” (nie wiem czy to dobry przykład, dałam go dla kontrastu :-)) to ja tu widzę jakieś takie małe zaburzenie równowagi. Nie wiem, być może to jakieś zboczenie polonistyczne. Jednak ten temat bardzo mnie fascynuje, więc tym bardziej dzięki wielkie za komentarz :-) Pozdrawiam!

  • Gosia Zielono Mi

    Nigdy nie wiedziałam szkolnego czytania na czas… A Twoje podejście/uwagi są bardzo na miejscu – wpisują się w moje pytania i dylematy, a podsumowanie staje się i moim mottem… I miło, że nie tylko mi wystarczy przeczytać trzy książki na miesiąc – byle ze smakiem i delektowaniem się:) Pozdrawiam!

    • 3 książki na miesiąc to bardzo dobry wynik :-) Serdeczne pozdrowienia.

  • Mnie też irytują wszelkie listy typu „musisz koniecznie przeczytać” a w ogóle to sformułowanie „musisz”. A jak tego nie zrobię to co? Ale najbardziej to mnie irytuje „100 książek polecanych przez BBC”. Ekhm.
    Czytanie na czas i test Coopera – pierwsze słyszę. Brzmi strasznie. Choć ja z tych co szybko czytają. Co prawda, nie przeczytałam nawet 100 książek, chociaż zdarzało mi się i 10 miesięcznie (albo i tylko 1). Dowód tutaj: http://rozneczytanie.blogspot.com/p/przeczytane-w-2014.html Na mojej liście 54 pozycji jest parę komiksów.
    W tym tygodniu skończyłam już 2 książki. Jak na razie od początku roku przeczytanych 5. Dwie kolejne rozbabrane. Mam czas pomyśleć o nich. A niektórzy już w tym czasie przekroczyli pewnie z 10. ;) Ale choćby i przekroczyli 20, to czytanie nie jest wyścigiem „kto więcej” i absolutnie nie powinno się źle czuć, z liczbą przeczytanych książek, choćby było to 10 w roku. Prawie 60% nie przeczytało ani jednej w końcu… ;)
    Zachęcam do czytania różnych gatunków, i horrorów i science fiction, tak jak i do oglądania różnych filmów. To nie jest żadne mieszanie, to cudowny sposób na spojrzenie na życie z wielu różnych stron. Też nie czytam wszystkiego. Ale nawet przy swojej niechęci do „YA” i romansów, zdarza mi się do nich sięgnąć. I nie uważam tego czasu za stracony.